Niedziela, 25 sierpnia 2019 r. imieniny: Belii, Ludwika, Luizy XXI Niedziela okresu zwykłego | Wspomnienie dowolne Św. Ludwika i św. Józefa Kalasantego

Slideshow

Slideshow 17 listopada 2012 wyświetleń: 3759

"Cristeros" - wojownicy Chrystusa

„Viva Cristo Rey! Niech żyje Chrystus Król!” - krzyczeli idąc do boju, a także patrząc w lufy plutonów egzekucyjnych. Dla rewolucyjnych władz Meksyku z lat 1926-1935 byli zmorą. Ich krwawe zagony mocno wstrząsnęły podstawami ateistycznego państwa. Mówili o sobie: „obrońcy”, „wyzwoliciele”, „ci z ludu”, („defensores”, „libertadores”, „populares”), lecz najbardziej przylgnęło do nich miano „Cristeros” - „chrystusowcy”.

 

Praźródeł ich konfliktu z władzami szukać należy w 1813 roku, gdy północnoamerykańska masoneria (Wielka Loża Luizjany) rozpoczęła aktywną infiltrację środowisk politycznych Meksyku, wówczas jeszcze hiszpańskiej kolonii. Wpływy wolnomularstwa w Meksyku wzrastały w miarę upływu lat, a jego antychrześcijańskie działania przybierały na agresywności. Ukoronowaniem ich było uchwalenie konstytucji z 1917 roku, nomen omen - w dwusetną rocznicę powstania masonerii.

Konstytucja podporządkowywała Kościół władzom państwowym, ograniczała posługi religijne tylko do terenu świątyni, w dodatku - pod ścisłą kontrolą. Zakonnikom zabraniano składania ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, liczbę duchownych ustalać miało państwo. Prowadzone przez Kościół szkoły zamknięto, w całym zaś szkolnictwie, tak państwowym, jak i prywatnym, zakazano nauczania religii. Własność kościelna uległa konfiskacie, zaś duchownym odebrano prawa cywilne. Nie było łatwe wprowadzenie powyższych przepisów w kraju, w którym katolicy stanowili większość społeczeństwa. Dopiero w 1926 roku poważył się na to prezydent P. E. Calles, mason i fanatyczny antyklerykał. Wobec opornych zastosował represje. Papież Pius XI opłakiwał wkrótce wiernych, którzy „ponieśli okrutną śmierć na wielu ulicach i miejscach publicznych, często na progach kościołów”.

Meksykański Kościół zszedł do podziemia, nabożeństwa odprawiano potajemnie w domach. Wśród czterech tysięcy kapłanów zanotowano tylko jedno odstępstwo. Dwa miliony katolików podpisało petycję do władz, żądając uchylenia konstytucji. Gdy wyczerpały się pokojowe metody walki - pojawili się „Cristeros”. Znamienne, że większość bojowników Kontrrewolucji Meksykańskiej stanowili chłopi. Od początku najżywiej reagowali na państwową politykę ateizacji, na zamykanie kościołów i mordowanie księży. Obce im były subtelne dylematy intelektualistów, nie wahali się nazywać zła po imieniu. To oni pierwsi chwycili za broń.

Na trzy lata Meksyk stał się krainą śmierci. „Cristeros”, których liczba w 1929 roku doszła do 50.000, w szaleńczych atakach rozbijali, liczniejsze nieraz, oddziały rządowe, pozostawiali za sobą zniszczone wojskowe posterunki i trupy znienawidzonych, ateistycznych nauczycieli. Przeciwnik, niezbyt sprawny w boju, nadrabiał brutalnością wobec ludności cywilnej, sprzyjającej insurekcji. Palono całe wsie, na masową skalę profanowano świątynie. Okrzykom „Viva Cristo Rey!” torturowanych „Cristeros” odpowiadały „Viva Grande diablo!” rozstrzeliwanych masonów. W morderczych walkach lat 1926 - 1929 zginęło 90.000 Meksykanów.

W 1929 roku rząd zawarł ugodę z Episkopatem, ogłaszając amnestię dla „Cristeros” i zwrot części zagrabionego majątku kościelnego. Na krótko zapanował pokój. Władze nie dotrzymały jednak warunków porozumienia. Rychło zamknięto większość świątyń. W kraju rozszalał się terror lewicowych bojówek - „czerwonych koszul”. Do szkół wprowadzono „wychowanie socjalistyczne”, w ramach którego m. in. upaństwowiono dzieci powyżej pięciu lat (!). Na wzór rewolucji francuskiej ogłoszono koniec ery chrześcijańskiej, wprowadzając pogański kalendarz, Boga zaś, mocą urzędowych postanowień, skazano na nieistnienie. Odpowiedzią katolików były masowe demonstracje i reaktywowanie partyzantki „Cristeros”. Ogół obywateli USA z niepokojem przyjmował doniesienia o prześladowaniach religijnych za południową granicą. Mimo to amerykańskie bombowce atakowały pozycje powstańców (1929 r.). W 1935 roku senator W. Borah z Idaho zażądał śledztwa w związku z sytuacją w Meksyku. Poparła go ponad połowa członków Izby Reprezentantów. Inicjatywy te zablokował ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych - F. D. Roosevelt. Ów członek Masonerii Rytu Szkockiego (32-gi stopień wtajemniczenia) czuł widać silną więź z meksykańskim reżimem. Liczne organizacje społeczne, jak Rycerze Kolumba, alarmowały go doniesieniami o rzeziach, o zabijaniu kapłanów i wiernych, ale późniejszy współgrabarz Polski pozostał obojętny.

Konflikt rozładował dopiero L. Cardenas, stosunkowo umiarkowany polityk meksykański, który bezkrwawym przewrotem z 1935 roku obalił rządy fanatyków Callesa. Natychmiast rozwiązano organizację „czerwonych koszul”, podjęto rozmowy z Episkopatem. I chociaż trzeba było jeszcze przełamywać opory władz stanowych, choć dopiero w 1937 roku zakazano prześladowań katolików, to jednak normalizacja stała się faktem. Cristeros mogli złożyć broń, tym razem - ostatecznie. Zbrojny wysiłek katolickich rebeliantów nie poszedł na marne.

Prowadzona od przeszło dwóch wieków ofensywa sił Antychrześcijańskiej Rewolucji napotyka czasem na niespodziewany opór. Na jej drodze stawają wciąż nowe zastępy wojowników. Armia Katolicka z Wandei i Żołnierze Cudu nad Wisłą, frankistowska „krucjata przeciw synom Kaina” i meksykańscy cristeros. W bezpardonowej walce z siłami zła, wierni tradycji obrońców przedmurza chrześcijaństwa, współcześni krzyżowcy nieugięcie trwali na zagrożonych rubieżach Cywilizacji Łacińskiej.

ODWAŻNY JOSE

Jednym z walecznych „Cristeros” był Jose Luis Sanchez del Rio. Od najmłodszych lat darzył Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie najwyższą czcią. Codziennie odmawiał Różaniec i zachęcał przyjaciół do odprawiania nabożeństwa dla uczczenia Matki Bożej z Guadalupe.

Kiedy usłyszał o chwalebnej walce podjętej przez katolików w obronie Kościoła i jego kapłanów, o walce „Cristeros”, w którą zaangażowani byli m.in. jego dwaj starsi bracia, gorąco zapragnął przyłączyć się do świętej armii. W końcu jako dwunastolatek napisał list do jednego z przywódców „Cristeros” gen. Prudencia Mendozy, błagając go o to, aby zezwolił mu na udział w walce z ateistycznym reżimem. Generał na początku w ogóle nie dopuszczał takiej myśli. Zdesperowany Jose przekonał więc matkę, by ta nakłoniła generała do zmiany decyzji. Chciał jak inni „Cristeros” z okrzykiem na ustach „Niech żyje Chrystus Król i Matka Boża z Guadalupe!” walczyć z bezbożnikami. Mówił: „Mamo, nigdy nie będzie mi tak łatwo wejść do Nieba jak teraz”. W końcu generał Mendoza uległ namowom matki chłopca i powierzył Jose dzierżenie sztandaru oddziału, znajdującego się pod jego dowództwem.

UWIĘZIENIE, TORTURY, ŚMIERĆ

Pewnego razu, gdy podczas bitwy chłopak pędził z nowym zapasem amunicji do kolegi, dojrzał swojego dowódcę. Generał był bez konia, stając się łatwym łupem dla wroga. Jose bez chwili wahania zaofiarował Mendozie swojego wierzchowca, by mógł uciec przed żołdakami. Wiedział, że ten czyn może go kosztować życie. Chwilę później odważny Cristero został złapany przez wrogów Chrystusa i zamknięty w zakrystii kościoła, zamienionej na więzienie. Żołdacy próbowali odwieść chłopca od wiary w Chrystusa. Wreszcie jednak padł rozkaz, by go nie oszczędzać.

Młodziutkiego bojownika Chrystusa pognano na miejsce kaźni, pobliski cmentarz. Popychano go bagnetami i bito ostrymi maczetami. Jose jak Chrystus Król miał swoją Golgotę. Po każdym uderzeniu płakał głośno z bólu i wołał: „Viva Cristo Rey!” („Niech żyje Chrystus Król!”). Oprawcy zdarli mu skórę ze stóp i zmusili do chodzenia po rozsypanej soli. Chłopiec wył z bólu, krwawiąc coraz bardziej. W końcu żołnierze powiedzieli mu: Jeśli zawołasz: „Śmierć Chrystusowi Królowi”, wówczas cię oszczędzimy. On jednak wykrzyknął: „Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Matka Boża z Guadalupe!”

Wściekły dowódca rozkazał żołdakom zadawać ciosy bagnetem. Ci przebijali jego ciało, ale Jose po każdym pchnięciu tylko krzyczał: „Viva Cristo Rey!” Ostatecznie rozwścieczony sługus ateistycznego dyktatora wyciągnął pistolet i zastrzelił chłopca. Był 10 lutego 1928 roku. Za półtora miesiąca skończyłby 15 lat. Jose Luis Sanchez del Rio jest doskonałym przykładem wiary i odwagi dla wszystkich młodych mężczyzn, którzy chcą być wierni Chrystusowi. Został uznany za męczennika i beatyfikowany przez papieża Benedykta XVI w dniu 20 listopada 2005 roku.

ZARZEWIE DLA PRZYSZŁYCH POKOLEŃ KATOLIKÓW

Podobnych historii bohaterskich „Cristeros”  jest więcej. Umieram, ale Bóg nie umiera – miał powiedzieć przed egzekucją bł. Anacleto González Flores. Jego słowa były prorocze. Śmierć męczenników „Cristeros” stała się dla Kościoła zarzewiem dla przyszłych pokoleń katolików w Meksyku. Powinniśmy poznać także historię pięknej młodej katechetki, czcigodnej Maríi de la Luz Camacho. Kiedy armia przyszła do jej kościoła parafialnego, stanęła przed drzwiami i zablokowała im drogę. Zastrzelili ją, ale kościół jakimś dziwnym trafem ocalał. Powinniśmy wiedzieć o wszystkich bohaterskich kapłanach, którzy ryzykowali życiem, by odprawiać Msze św. i spowiadać. Musimy uczyć się na przykładach wszystkich Cristeros, którzy zostali kanonizowani i beatyfikowani przez Kościół. Szczególnie dzisiaj, gdy narusza się nasze prawo do wolności sumienia, musimy modlić się o ich wstawiennictwo.

Ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

Kayecheza wygłoszona 18 listopada 2012 r. podczas niedzielnych Nieszporów

aktualizowano: 2012-11-17
Wszystkich rekordów:
Parafia św.Józefa | ul.św.Jana Chrzciciela 1, 73-110 Stargard Szczeciński
biuro@swjozef.stargard.pl